Zgłębianie indiańskiej duszy jest jak nurkowanie w kowadle – najczęściej boli od tego głowa.
Major kazał im iść po benzynę.
Spalą, pomyślał Reding. Oczywiście. Zresztą nie potrafiłby sobie teraz
przypomnieć, czego tu dotykał.
- Podał ci jakieś serum prawdy? - dopytywał się Wroński przewróciwszy czubkiem
buta zwłoki Stoke'a na plecy.
- Co?
- Skopolaminka, te rzeczy. Przecież po coś cię porwał. Wyciągnąć informacje i
zneutralizować zagrożenie. Przechwycić dowody i twoje zabezpieczenie. Poszedłby
teraz na całość.
- To nie było porwanie.
- E?
Daniel podniósł pogrzebacz, odsunął Wrońskiego, stanął nad zwłokami, po czym
uderzył z głębokiego zamachu, rozbijając czaszkę szefa Eccite.
Pojechali prosto do posiadłości szalonego wuja Belli. Bella czekała na
werandzie. Przyjechali dwoma samochodami, w pierwszym Wroński i Daniel, w drugim
Fouche i dwóch pozostałych najemników. Oni zostali na farmie dłużej, dopilnować
zniszczenia dowodów. Kiedy Daniel zjeżdżał na autostradę, nie było jeszcze widać
dymu nad drzewami. Ale oczywiście to tylko kwestia czasu, kiedy zjawi się na
miejscu policja. Śledztwo zacznie się od miejsca pracy ofiar, tudzież
właściciela farmy i Reding nie musiał Wrońskiego pytać, by wiedzieć, nad czym
się tamten teraz namyśla: czy mianowicie nie rozsądniej byłoby wobec powyższego
usunąć z listy potencjalnych świadków pannę Moffat. Gdy więc zorientował się,
dokąd major kieruje samochód, rzucił się, by wyrwać mu zza pasa pistolet.
Wroński, gasząc poślizg, boleśnie wykręcił Redingowi lewą rękę.
- Zwariowałeś??
- Puszczaj!
- Odbiło ci?
- Przecież widzę, co się dzieje.
- Co niby?
- Sprawa się rypła, nie będzie żadnej forsy, co najwyżej odsiadka, więc
likwidujesz świadków. Diabli wiedzą, czy ich też nie sprzątniesz - wskazał
ruchem głowy za siebie.
- Pojebało cię? Już dawno cały swój oddział musiałbym wymordować!
Daniel wyrwał się majorowi, pomasował ramię.
- Więc co teraz?
Wroński spojrzał nań krzywo.
- Ty chyba wiesz lepiej. O czym tam gadaliście? I z kim - z kim właściwie
mówiłeś? Co?
- O co ci chodzi?
- Tylko bez takich! Widziałem. Cały mózg miał zarośnięty tym oślizgłym gównem.
Daniel wzruszył ramionami.
- Kilmouth? - rzucił major.
- Kilmouth jest wypłaszczony, sami się przecież upewniliśmy.
Kiedy zajechali, od razu podbiegł do Belli, odciągając ją pod dach i zasłaniając
przed wzrokiem nadchodzących.
- To Wroński - szepnął. - Gdzie dziewczynki?
- W środku. Co mu się stało?
- Mhm? Nic. Taka jego uroda. Dzwoniłaś do kogoś jeszcze?
- Bo co? O co tu w ogóle chodziło? Wroński wszedł już na werandę. Ujął dłoń
Belli, skłonił się i ucałował.
- Cieszę się, że mogliśmy się spotkać osobiście. Niestety, nie mamy czasu, teraz
najważniejszy jest pośpiech. Jest pani spakowana? Musimy jak najszybciej opuścić
kraj.
- Dlaczego?
Daniel tylko ścisnął ją za rękę. Posłała mu spojrzenie pełne rozpaczy.
- Zajmę się dziećmi - powiedziała cicho i zniknęła w cienistym wnętrzu.
Wroński wyjął swój telefon.
- Bukuję bilety - rzekł. - Gdzie masz forsę, na Kajmanach?
Reding przypomniał sobie o swoim telefonie. Znalazł go w kuchni, na lodówce;
przez to okno Bella wypatrywała ich przyjazdu.
Wyszedł z domu, zszedł nad staw. Minęły zaledwie cztery godziny, lecz kolory i
zapachy były już zupełnie inne, nie wiedział: naprawdę czy w jego percepcji.
Nawet owady nie przejawiały zwykłej energii, apatycznie krążąc na wysokości
kolan.
Wywołał notes telefonu i przescrollował na ekraniku dane przekopiowane z
raportów. Lionel Stoke. To: zastrzeżony numer osobisty (mieli go od panny
Moffat, bo rozważali i taką opcję). Zaznaczył i stuknął w połączenie.
Sygnał odezwał się zaledwie dwukrotnie. Potem:
- Tak?
- Przepraszam - rzekł Daniel. - Nie chciałem, żeby tak wyszło. Wybacz mi.
- Mogłem się spodziewać - odparł spokojnie Stoke. - Wasze działania zazwyczaj
zaskakują was samych.
- Gdybym wiedział... Nie takie były moje intencje.
- Nigdy nie są. Nie mam żalu. Brałem to pod uwagę.
- Nie chciałbym zostać zapamiętany jako ten, który...
- Rozumiem. Jak powiedziałem, jestem ci w tym bratem. Ale to jedyne
pokrewieństwo.
- Nie dasz nam szansy?
- To nie ja wybieram. Wiesz przecież, Danielu. Mogę nawet wam współczuć. Lecz
jesteście zaledwie jałową ziemią pomiędzy. Doliną potencjału, koniecznym ugorem.
W gruncie rzeczy taki jest los wszystkich ludów wybranych, gdy minie czas, czyż
nie?
Nie wiedział, co odrzec. Milczeli czas jakiś. Owady brzęczały na niskiej nucie.
- To już nie potrwa długo, prawda?
- Już nie. Do zobaczenia, Danielu.
Rozłączył się