Zgłębianie indiańskiej duszy jest jak nurkowanie w kowadle – najczęściej boli od tego głowa.
Neil poczuł, że brakuje mu tchu. Wiedział, że oto stoi przed nim istota, która opanowała jego syna; która ożyła jako drewniany człowiek i próbowała go zabić. To był Mis-quamacus.
— Gitche Manitou, ochroń nas—zaczął recytować Śpiewająca Skała. — Gitche Manitou, pomóż nam. Gitche Manitou, wesprzyj nasze pragnienie pokoju i poprowadź nasze ręce.
Miał właśnie sypnąć przed siebie magicznym proszkiem dającym ochronę, gdy Harry szarpnął go za rękaw.
— Śpiewająca Skało, na rany Chrystusa! Popatrz, co oni robią!
Zza barykady radiowozów i transporterów opancerzonych wysunęło się dziesięciu żołnierzy Gwardii Narodowej. Byli młodzi, a ich różowe twarze kontrastowały ostro z maskującym kolorem hełmów. Stanęli szeregiem w poprzek drogi, po czym przyklękli i wymierzyli broń w krąg szamanów.
— Nie wolno! — krzyknął zdesperowany Śpiewająca Skała. — Nie pozwólcie im strzelać! Nie można!
Lecz głośnik radiostacji warknął:
— Cel... pal!
ROZDZIAŁ 9
Trzasnęły strzały. Tylko dlatego, że wiedzieli, czego się mają spodziewać, Harry, Neil i Śpiewająca Skała potrafili dostrzec, co się działo w ciągu następnego ułamka sekundy. Misąuamacus machnął dłonią, uwalniając tym gestem manitou pocisków i odesłał je tam, skąd przybyły.
Nie przygotowani, odsłonięci gwardziści zginęli na miejscu, zabici własną bronią. Leżeli we krwi, skuleni i pozwijani niby śpiące dzieci. Wszyscy zgromadzeni po obu stronach mostu zamilkli w oszołomieniu, nawet reporterzy patrzyli bez słowa.
Śpiewająca Skała ze smutkiem pochylił głowę.
— Nigdy nie słuchają — rzekł cicho. — Nigdy, nigdy nie chcą słuchać. Chrońcie nas, dawni bogowie.
Kolejna grupa żołnierzy gwardii wybiegła do przodu z karabinami i granatnikami, omijając ciała poległych kolegów. Za nimi zbliżyli się sanitariusze z noszami.
Na moście Misąuamacus rozpostarł szeroko ramiona. Zaczął recytować słowa wezwania Nashuny, Pa-la-kai i Co-yote. Mówił głębokim głosem, drżącym tymi samymi wibracjami, co wiatr oraz dochodzące znad jeziora odgłosy burzy. Pozostali szamani ustawili się twarzami do siebie i także rozłożyli ramiona. Nie zwracali uwagi na szereg celujących w nich żołnierzy.
— Wybierzcie sobie cele — wydał instrukcje pułkownik. — Potem strzelajcie, dopóki nie traficie.
201
Przez chwilę panowało napięte milczenie. Potem:
— Ognia!
Druga salwa okazała się jeszcze gorsza. Neil i Harry padli na drogę, a wyjące pociski przelatywały nad nimi we wszystkich kierunkach. Stojący obok reporter NBC został trafiony w twarz. Bryznęła krew, dziennikarz zachwiał się i padł na plecy. Żołnierze, policjanci i przypadkowi widzowie przewracali się, ranni lub zabici; kule rozbijały szyby w samochodach, przebijały zbiorniki paliwa. Cztery radiowozy stanęły w ogniu, pomarańczowe płomienie rozświetliły ciemność, a w powietrzu rozszedł się ostry zapach płonącej benzyny.
Pułkownik nadal nie potrafił pojąć, że to kule jego żołnierzy zostały obrócone przeciw nim. Wezwał kolejną grupę strzelców wyborowych.
— Na miłość boską, Śpiewająca Skało, musisz im wytłumaczyć! — jęknął skulony na ziemi Harry.
— Mogę uczynić tylko jedno — odparł Indianin. — Widziałem, jak to robią najmędrsi ze starszych mego plemienia. Podobno Szalony Koń także to potrafił.
— Nie ryzykuj! Po prostu idź, powiedz tym gwardzistom, że jeśli nie przestaną strzelać, wybiją nas do nogi.
Znów rozległ się rozkaz otwarcia ognia, a po nim suchy trzask wystrzałów. Śpiewająca Skała odchylił głowę, rozpościerając szeroko ramiona.
Wszystko nastąpiło tak szybko, że Harry nie mógł dostrzec, co się właściwie dzieje. Cała salwa wykręciła szerokim łukiem przed Misąuamacusem i pomknęła ku Śpiewającej Skale. Ten rozłożył palce i pociski spłynęły po nich fontannami ognia oraz gorącego ołowiu. Słychać było jedynie echa wystrzałów, potem i one ucichły.
Harry wstał. Indianin był blady, milczący, na jego czole ukazały się krople potu.
— Ściągnąłeś na siebie te kule — rzekł szorstko Harry. — Ty durny Indiańcu! Co by się stało, gdyby zaklęcie Szalonego Konia nie zadziałało? Rozniosłoby cię na strzępy. Tra-
202
fiłbyś prosto do krainy szczęśliwych łowów, bez żadnej przerwy na lunch po drodze.
Śpiewająca Skała unikał jego wzroku.
— Muszę ufać swoim czarom — odparł spokojnie. — Co by mi pozostało, gdybym utracił wiarę?
Harry westchnął ciężko.
— No, dobra. Ale następnym razem po prostu schowaj się za czymś, kiedy zaczną latać kule. Zgoda?
Śpiewająca Skała kiwnął głową. Nie mieli czasu na dłuższe rozmowy. Promienie reflektorów rozcięły ciemność, a poprzez wycie syren słychać było głos Misąuamacusa, wypowiadającego ostatnie słowa wezwania demonów. Zagrzmiało, ziemia zadrżała pod stopami patrzących, a błyskawice jaśniejące ponad dalekimi wzgórzami zaczęły uderzać bliżej.
— Posłuchajcie — odezwał się Śpiewająca Skała. — Szamani wzywają Nashunę, Pa-la-kai i Coyote. Razem są zbyt silni, by demony potrafiły się oprzeć wezwaniu.
Neil wytarł z twarzy smugę kurzu.
— I co się stanie, jeśli te demony przybędą? Jak możemy z nimi walczyć?
Indianin spojrzał na wiszącą na barierce klatkę. Jak dotąd była nieruchoma i nie zdradzała żadnej aktywności. Indianin ułożył na nowo tasiemki i paciorki, po czym rozrzucił w powietrzu jakieś proszki.
— Musisz pamiętać, że każdego demona można zaspokoić —wyjaśnił. — Niektóre z nich pożądają krwi, inne chcą manitou. Jeśli ofiarujesz mu coś, czego potrzebuje, by przeżyć i zachować siły w wielkim zewnętrzu, zwykle uda ci się go odesłać.
— Zwykle? — spytał Harry