Zgłębianie indiańskiej duszy jest jak nurkowanie w kowadle – najczęściej boli od tego głowa.
Bohuslava Balbma (Balbmova ulice), przy której mieszkali dziadkowie B. Hrabala - Tomaś i Katefina Kilianowie.
400
żeby ludzie go podziwiali i doszli do przekonania, które również mój maż miał o sobie, że jest czempionem świata, znakomitością, mistrzem republiki nawet w takich drobnostkach jak topienie się, wracając z Żidenic zajechał do tej Polnej, by tam popatrzeć na browar, by tam przypomnieć sobie także tę kuchnię, w której siedział kiedyś na krzesełku, a cały świat z nim wirował, bo w wieku trzech lat upił się tak, że nie mógł rozwiązać sobie sznurowadła u bucika, i przypomniał sobie też te drzwi wychodzące na ulicę, na której szumiało od uczniów, bo były tam szkoły mieszczańska9 i powszechna, przypomniał sobie również dom, gdzie był cukiernik, pan Hazuka, lecz przede wszystkim przyjechał, żeby popatrzeć i pokłonić się strumykowi, do którego wpadł i tak opił się wody, że aż po miasteczku rozniosło się, że utonął, i dzieci przynosiły mu obrazki do trumny... stał tam nad strumykiem, mój mąż przyjechał tam, by delektować się tą swoją pierwszą śmiercią, tą próbą utraty życia wskutek nieszczęśliwego wypadku, siedział tam i żałował sam siebie, że ta śmierć przychodzi do niego dopiero teraz, na Libeń, i jak każda śmierć, przychodzi zawsze nie w porę... I potem przez całe popołudnie stał na rynku w Polnej, kładł rękę na piaskowcu, by chwytać słońce odbijające się w studni, w której omal się nie utopił, gdy miał pięć lat, w niedzielę przed południem, kiedy zobaczyła go z okna pani, która jeździła w fotelu na kółkach, co również nic by nie dało, ale podczas gdy wszyscy siedzieli przy niedzielnym obiedzie, ta pani jedna nie jadła, bo miała atak woreczka żółciowego, więc widziała, jak chłopiec wpadł do studni. Tak oto mój mąż pielgrzymował tropami swych narodzin, tropami swych utonięć i wskrzeszeń przez pana doktora Michal-ka, tego, co to o nim nie tylko mnie, ale wszystkim, którym zanosząc się śmiechem, opowiadał o tych swoich śmierciach, mówił, że pan doktor Michalek był tym, kto dokonał oględzin Aneżki Hruzówny w lesie Brzezinie, kiedy ją znaleziono tam z poderżniętym gardłem.10
A potem jeszcze mój skarb wybrał się ze mną do Nymburka, tam, gdzie spędził swe najpiękniejsze lata, te lata, które go właśnie ukształtowały tak, że zawsze czuł się człowiekiem znad rzeki, znad Łaby. Tu oprowadzał mnie tylko po tych uliczkach, prowadził mnie tylko do tych budynków,
Szkoła mieszczańska - istniejąca w okresie międzywojennym trzyletnia szkoła ponad-podstawowa, nie dająca pełnego wykształcenia średniego (przyjmowała absolwentów V klasy szkoły powszechnej).
Aneźka Hruzova - dwudziestoletnia dziewczyna, zamordowana przed Wielkanocą 1899 r. w lasku pod miastem Polna; poszlakowy proces podejrzanego o tę zbrodnie Leopolda Hilsnera nabrał wielkiego rozgłosu, gdyż dał asumpt do szeroko zakrojonej kampanii antysemickiej, której głównym motywem był rzekomo rytualny charakter zabójstwa.
26 - Wesela w domu
401
które były takie, dokładnie takie, jak kiedy miał sześć lat... Musiałam chodzić z nim po uliczkach koło cuchnących wałów, musiałam przegiąć się do tyłu i patrzeć na wieżę ciśnień, na tę secesyjną wieżę, na której szczycie znajdowała się gigantyczna krata, taka jakby królewska korona z żelaza, która została jednak zdjęta i leżała obok tej wieży, i można jej było dotknąć. Musiałam pomacać barierę kamiennego mostu, wyczuć strukturę kamienia, bo gdy wracał ze szkoły, to zawsze dotykał tej bariery, obmacywał ją opuszkami palców. Musiałam wejść z nim do kościoła Świętego Eliasza, pokazał mi, gdzie stawał jako uczeń, ponieważ katecheta Nikł stawiał kreski tym, którzy chodzili w niedzielę do kościoła, a mój mąż, jak twierdził, lubił chodzić do kościoła... Potem na ulicy Jeździeckiej mój mąż pokazał mi taras z balustradą, pod którym stali kiedyś uczniowie, czekając, aż poeta Maryśko uczyni cud, bo obiecał im, że mimo słonecznej pogody za chwilkę spadnie deszcz, gdyż on, Maryśko, już wtedy poeta, jest czarodziejem... Polecił dzieciom stanąć i zamknąć oczy, a sam podszedł do balustrady i stojące pod tarasem dzieci obsikał...
Potem stałam z nim przed renesansowymi wrotami, prowadzącymi do katowni, a potem przy zamkniętych gigantycznych wrotach, wiodących do starej fary, wrota były zamknięte raz na zawsze, zaglądałam z moim mężem przez szparę i nie widziałam nic więcej, tylko kilka posągów, rozwalony płotek od ogródka, przewrócony pomniczek i gigantyczną czerwoną wieżę. Potem stałam i zaglądałam do dziekańskiego ogrodu, i widziałam, że mój mąż im dalej, tym bardziej entuzjazmuje się tym wszystkim, co mi pokazuje, nigdy nie patrzył tam, gdzie polecał mi patrzeć, lecz patrzył na mnie, by widzieć, jakie wrażenie robi na mnie to, co tam widzę, a ja ani jednego z tych budynków, ani jednego z tych sławnych wydarzeń nie byłam w stanie uznać za godne uwagi... szłam dalej z parasolką i wyrażałam tylko swój podziw... Naprawdę? Czy to możliwe? Kto by pomyślał... Zaprowadził mnie nawet do browaru, tutaj byłam ciekawa, jak mieszkali jego mamusia i tatuś, ci, którzy duchem wciąż przebywali w browarze, ponieważ tam przeżyli swoje szczęśliwe lata, tak jak dla mnie szczęśliwymi latami był czas spędzony w Hodoninie, nim skończyła się wojna... Ale to służbowe mieszkanie było piękne jedynie z zewnątrz..