Zgłębianie indiańskiej duszy jest jak nurkowanie w kowadle – najczęściej boli od tego głowa.
Nim z koniem powrócił nazad Waligóra, już nadciągający napastnicy byli o kilkanaście kroków od placu.
Wołaniem przestraszony Leszek, jak stał nagi, ukazał się we drzwiach łaźni, Mszczuj konia mu podawał.
- Uchodź, panie!
- wołał.
Książę zaledwie miał czas skoczyć na koń, gdy spomiędzy dworów wiodącą drożyną około domu Odoniczowego wypadli zbrojni ze Swiatopełkiem na czele.
Ten z podniesionym mieczem w ręku leciał wprost na dworzec Leszka, całą prowadząc gromadę, gdy ujrzał nagiego księcia, wymykającego mu się i czwałem bieżącego drogą, która wiodła ku Martynowu.
Część Swiatopełkowej drużyny z ludźmi Plwacza padła na dworzec główny, inni na zajmowane przez księcia Henryka i Laskonogiego.
Swiatopełk sam oszalały gnał za Leszkiem.
Na pustej tedy drodze ku Martynowu prowadzącej począł się on wyścig, którego zakładem było życie.
Koń Leszka dzielny, ale ciężki, biegł, o ile mu sił stawało, naglony nogami siedzącego na nim księcia.
Swiatopełka - choć ciężar dźwigał większy, bo ten był uzbrojony, młodszy był, żwawszy i świeżo wzięty, zyskiwał więc co chwila i przybliżał się coraz więcej.
Nagi, potem okryty, przeziębły Leszek modlił się, już czując nadchodzącą chwilę ostatnią.
Uderzał konia rękami, bił nogami, położył się na nim cały, leciał.
Lecz tuż za sobą słyszał kopyta końskie, oddech zdyszanego zwierzęcia, chrzęst zbroi nieprzyjaciela.
Swiatopełk był wściekły, lękając się, aby mu wróg nie uszedł, ostrogi wbijał koniowi w brzuch, smagał go płazem, począł wołać: - Nakło!
Nakło!
Dam ci dziś ja krwawe Nakło!
Ostatnia godzina twoja wybiła!
Leszek ani miał siły, ani chciał odpowiedzieć.
Przerażało go jedno, że był bezbronnym; ani miecza, ani oszczepu, ani drzazgi nawet, którą by mógł w oczy cisnąć napastnikowi, zbójcy.
Rycerska krew burzyła mu się w żyłach.
Umrzeć było niczym, lecz być zabitym, nie zadawszy nawet rany, nie podniósłszy nawet ręki na wroga, zgniecionym być tak mizernie - stawało się gorszym od śmierci.
W biegu już Leszek pochwycił drąg z płotu, stojącego nad drogą, i wyrwał go obłam znaczny.
Koń ustawał.
Swiatopełka głos nad uchem mu brzmiał: "Nakłem".
Lecz w brzasku ranka opodal widać było wioskę, w której mogli się znajdować ludzie, mogli znaleźć żołnierze.
Byli we dwu tylko sami, bo reszta rycerstwa Swiatopełkowa padła na rabunek dworca i uśpione obozowisko.
Mógł więc Leszek mieć jakąś nadzieję, że dobiegłszy do Martynowa, skryć się, obronić, nawołać tłum potrafi.
Swiatopełk też obawiał się tego i koniowi jego krew się lała od ran ostrogami zadawanych.
Leszek nagle gorący oddech uczuł na swym ciele, jego koń ustawał.
Dłoń, w rękawicę żelazną odziana, chwyciła go za kark i ośliznęła się po nim.
Nadeszła ostatnia chwila obrony.
Leszek owym obłamem drąga, który trzymał w ręku, uderzył w twarz nadbiegającego Swiatopełka.
Koń jego spłoszony skoczył w bok.
Leszek, korzystając z tego, kilka kroków ku wsi się posunął.
Lecz pomorski zbój wnet konia zmusił do nowej pogoni i znalazł się nad Leszkiem.
Raz jeszcze książę zdołał odbić cios, który mu był przeznaczony, ale kruche drzewo na żeleźcu poszło w drzazgi.
W tej chwili miecz Swiatopełka, wymierzony w czaszkę, rozpłatał ją.
Zachwiał się Leszek, trzymając konia jeszcze, gdy drugie uderzenie krwawą pręgą szyję mu przecięło.
Koń książęcy padł na przednie nogi i obalił się z nim.
Swiatopełk skoczył ze swojego, zabierając się rąbać jeszcze leżącego i bezbronnego, gdy oczy Leszka, już zachodzące śmierci mgłą, zwróciły się ku niemu.
Był w nich wyraz tak przejmujący, iż Swiatopełkowi ręka zadrgała, spuścił ją, stanął jak nagle ze snu krwawego przebudzony.
- Com ci uczynił?
- odezwał się łagodnym głosem Leszek.
Swiatopełk stał niemy.
- Com ci winien?
- coraz słabnąc, powtórzył książę, któremu krew lała się z czaszki i opływała nagie piersi.
W głosie czuć było konanie.
Oczy trzymał tak wlepione we wroga, bez zajadłości, bez wyrzutu, jakby mu tylko nimi chciał powtórzyć, czego już nie mógł ustami: - Com ci uczynił?
Szaleństwo i gniew Swiatopełka ustępowało widocznie jakiejś grozie, której chciał się obronić na próżno.
Westchnienie wyrwało się z piersi konającego, nad którym Swiatopełk mimo woli się pochylił.
Raz jeszcze Leszek otworzył oczy i ujrzawszy nad sobą tę twarz zbójecką, dziwnym wyrazem trwogi napiętnowaną, zamruczał niewyraźnie: - Niech Bóg ci przebaczy!
Ja - przebaczam!
Swiatopełk, usłyszawszy te słowa, zerwał się nagle, przebaczenie było dlań jakby policzkiem.
Z nową wściekłością trupa popchnął nogą.
Miał siadać na koń już, gdy kilku jezdnych nadbiegło, byli to jego druhowie, a Plwacz między nimi.
Ten ujrzawszy trupa obnażonego na ziemi, z okrzykiem radosnym skoczył zaraz ku niemu, śmiejąc się dziko, plując i coś niewyraźnie bełkocząc.
On jeden okazywał tę radość, której reszta ludzi objawić nie śmiała.
Na twarzy Swiatopełka było więcej niepokoju i przerażenia niż radości