Zgłębianie indiańskiej duszy jest jak nurkowanie w kowadle – najczęściej boli od tego głowa.
Pierwszy więc on, na
kolana padłszy, począł wielkim wołać głosem, dziękować
Bogu i królowi za pomstę nad wiarołomnymi.
— Naddziad mój Konrad — mówił — uwiedziony fał-
szywą ich pobożnością i udawaną pokorą, która w isto-
cie była pogańską niecnotą, przyjął ich jak żebraków,
przytulił na to, aby te żmije, odgrzane na naszym łonie,
spuściznę jego grabiły, a w dumę i potęgę się wzbiwszy,
własnych dobroczyńców prześladowały.
Po czym ofiarował się książę Janusz z pomocą i służbą
258
wierną królowi, a za nim'i drudzy, nogi Jagiełłowe ścis-
kając, dziękowali mu rozczuleni.
Brochocki też poszedł się przypatrywać obrzędowi te-
mu, a Dienheim, gdy sam na sam z księdzem Janem po-
został, otwarciej go począł rozpytywać o pokrewieństwo
z Noskową. Staruszek całą mu swą przygodę opowiedział,
nie szczędząc wyrzutów przeciw samowolnemu dziecku,
a dziwując się, iż mogło się na takie narażać niebezpie-
czeństwo.
Kto inny, baczniejszy od księdza Jana, byłby to łacno
wymiarkował, że jeniec więcej niż litość dla dziewczęcia
okazywał, bo wzdychał mówiąc o nim i oczy mu się zwil-
żały.
Tak się ten dzień dokończył, a następny też w tym sa-
mym jeszcze miejscu się rozpoczął. Jak dzień król wstaw-
szy, ogromną moc ludu rozbrojonego nieopatrznie na sło-
wo puścił, odartych obdarzywszy odzieżą i żywnością na
drogę, i cały ten tłum z przewodnikami poszedł ku Oste-
rode, który później Krzyżacy, na słowo nie zważając, na-
zad do pułków pozaciągali.
Nazajutrz już wojsko ruszyło, aby od pobojowiska
i powietrza się oddalić, ku zamkowi Wysoki Kamień, któ-
ry nie broniąc się poddał. Nie było też komu przeciw ta-
kiej liczbie go osłonić i spotkałby go los Gilgenburga.
Otwarli więc bramy zastępca komtura i garść, jaka tam
była, poddając się królowi.
Tu, gdy już późnym wieczorem obóz zataczano, a Wi-
told szedł do swojego namiotu na spoczynek, dano mu
znać, iż ksiądz, który uchodził z niewoli od Krzyżaków,
czy też z ich ziemi jechał, Polak rodem, mówić z nim
pragnie. Więc choć pora była spóźniona, do namiotu go
przywieść kazał. ^
Człowiek był już niemłody, pokornej twarzy i układu,
który począł od tego, iż się opiece książęcia oddawał
259
i przypomniał mu, jakoby go w Wilnie miał lub w Tro-
kach widzieć.
Książę Witold wprawdzie ani twarzy, ani człowieka
nie pamiętał; lecz łaskawie go dosyć przyjął i pytać po-
czął, skąd i za czym jechał?
Przyznał się ksiądz Marcin, że uchodził od Krzyża-
ków, skarżąc się, iż tam w ogóle świeckiemu i innemu
zakonnemu duchowieństwu bardzo było ciężko żyć.
— Nie stanie ich tu wkrótce — odparł książę Wi-
told — i inne rządy muszą nastąpić. Król Jagiełło wygna
stąd Zakon i sam te ziemie obejmie.
— Dałby to Bóg — odparł ksiądz — chociaż nam,
którzyśmy na ich potęgę patrzyć nawykli, wydaje się
to trudnym wielce, nawet po zwycięstwie, jakim Bóg
królowi i Waszej Książęcej Mości pobłogosławił.
— Mająż oni moc jaką jeszcze? Marienburg poddać
się musi.
Ksiądz zamilkł.
— Nie wiem — odparł po chwili — lecz zamczysko
jest mocne, a bez ludzi nie pozostało.
— Wszystko się nam poddać musi — dorzucił Wi-
told — tak jak dziś Hohenstein, tylkośmy przyszli. A oto
i biskup warmiński posły dziś do obozu wyprawił, o pokój
prosząc i o oszczędzenie ziemi jego.
— I zapewne łaskę tę otrzymał? — spytał ksiądz
Marcin spokojnie.
— Nie — rzekł książę — bo i poseł podejrzany, i sło-
wa, które przyniósł; lecz jeśli biskup sam przybędzie do
obozu i królowi się podda z ziemią swą...
Ksiądz podniósł ręce do góry, jakby Boga sławiąc.
— Nieodgadnione — rzekł — wyroki Pańskie. Potęga
króla Jagiełły rośnie, a nic jej już teraz obalić nie będzie
mogło. Wszystkie te kraje ulec mu są zmuszone.
Tu począł się rozwodzić nad wielkością Jagiełły i mó-
260
Wił tak długo, aż na czoło księcia Witolda zmarszczkę
wywołał, bo o nim ani wspomniał. Zręczniej jeszcze do
niego się nie odnosząc, jako namiestnika królewskiego
prosił o wstawienie się.
Witoldowi twarz się zarumieniła.
— Ja namiestnikiem nie jestem, a nie zapominajcie,
żem bratem i nad moimi ziemiami taką mam moc, jak on
nad krajem, w którym panuje.
Ksiądz Marcin posępnie zamilkł.
— Jeśli Wasza Książęca Mość nie jesteście namiestni-
kiem, przebaczcie mnichowi, który spraw świeckich nie
zna i rozumu do nich nie ma, jeśli nie jesteście, to nim
będziecie w przyszłości.
— Ja? — podchwycił Witold.
— A możeż to być, aby taka siła, jaką król Jagiełło
uzyska, gdy Zakon obali i ziemie jego zabierze, dała się
przy sobie ostać jakiej bądź innej? Wszyscy sąsiedzi na-
miestnikami zostaną, bo ich zawojuje, gdy Zakonu nie
starczy.
Witold się doń żywo odwrócił.
— Więcej jest rozumu w tych słowach, niż wy go
sobie przyznajecie — rzekł — ale pewnie nie z miłości
ku mnie je wyrzekliście?
— Wasza Książęca Mość zrozumiesz je, jak zechcesz,
jam biedny mnich, ubogi...
I skłonił się pokornie.
Ciągnęła się dalej rozmowa o Zakonie i o jego potędze, po
czym książę Witold, zapewniwszy księdza Marcina o łas-
ce swej i obdarzywszy go, odpuścił. Ponieważ pisarze
królewscy jeszcze zajęci byli, bo król nowych gońców
wyprawiał, po pierwszych z chorągwią św. Jerzego i li-
stami do królowej wysłanych, wskazano księdzu namiot
dworski, aby tam z innymi duchownymi mógł spocząć.
Uczynił to ksiądz Marcin, a że po polsku mówił dobrze
261
i dawnym benedyktynem się z Łysej Góry opowiadał, mile
go tu przyjęto. Starając się ze wszystkimi zaprzyjaźnić,
ująć kogo mógł, począwszy od podkanclerzego, ofiarując
też posługi swe do pióra, jeśliby ludzi brakło, wnet się
tu znalazł jak w domu i rozgościł. Nazajutrz już mszę
świętą odprawiał w kaplicy dworskiej i z księżami, jakby
od dawna znajomy, poufale obcował